Chiny 2006 Tajlandia 2007 Indie 2008 Nepal 2008 Tunezja 2009 Kambodża 2010 Wietnam 2010 Bruksela 2010 Singapur 2011 Malezja 2011 Polska
  Dziennik STREFA OLI Moje maratony Moja galeria zdjęć Niezbędnik w podróży po Azji Książki podróżnicze/podróżników Gdzieś zasłyszane i zapisane
Pisadełka/Skrawki Oli

To jest Ola - moja siostrzyczka. Właściwie także podróżniczka, do tego Ola pisze...

Pisze dużo i ciekawie, jednakże zazwyczaj "do szuflady", dlatego za jej przyzwoleniem zamieszczam kilka jej "pisadełek" lub może felietonów, albo "skrawków". Jak kto woli?

Poniżej jako pierwszy jej tekst inauguracyjny:)...

Kontakt do Oli: ola@kamilamorawska.pl

Dolina

2009-12-20 13:00

  

DOLINA

Słońce czekało jasne tego czasu, który rozpiętrzał się w jasnej dali jak omszały pradawny smok, zstępującym promieniem poranka. Wszelkie świętości poczęły pukać do duszy tak, jak przy świcie do bram nieba kołacze anioł, by pierwszy promień wystrzelił swą młodość w spulchniony cierpliwością mrok.

Słońce było jasne, rozłożyste od krańca urwisk, które zawisły jak ogromne, czarne płaszcze nad krzyczącymi przepaściami do dolin, które zapadały się w drogi ustronne tętniące od kopyt i miękkich rozgrzanych chrap spłoszonych zwierząt. Ziemia była czysta, choć jej zlękniony brud czasu, czaił się w zakamarkach niskich dolin, szeroko rozłożonych na rozwiniętych wybrzeżach bujnych liści.

Z każdą porą roku okolica penetrowana była przez inną zieleń, inaczej też zieleń błyszczała w kroplach rozpylonych wodospadem dzikich deszczów. Dziwną salwą błyskały wówczas uśpione szelesty w rozpękanych od ciszy drzewach. Ptaki sfruwały niecnie i ochoczo w skały chronione ciszą mchu, w czeluści celnie wydrążone dla domów i gniazd. Wiedziona ciszą wiosny sfora wilków, okrążała te doliny w korowodzie pozbawionym drapieżnych pomruków. Rozhuczane zwierzęta umykały wówczas w ogromne krzaczawiska, w oazy dostojnych świerków. Las chronił usynowionych włóczęgów nocy, otulał skrzydłami ich poranione sierści.

Człowiek był tu intruzem..., który z łatwością dotarł do zarośli ginących w przełęczy, zmokłych szkieletów, dawnych pragnień. Niegdysiejszy świat odstawił, jak odstawia się herbatę w czajniku pełnym ziół, gdy esencja już nie ta, a zapach jeszcze nie zjałowiał na tyle by zrezygnować z jego woni.

 

Przestrzeń innego rozmiaru rozpętała się w oczach. Inna burza rozwiała tej nocy, wszystkie drobne pragnienia uśpione na czas zimy. Człowiek oddychał spokojnie. Tętno odbijało miarowe sekundy myśli, które z analityczną cierpliwością dokumentalisty, dokonywały powolnej penetracji tego życia, co przed nim rozpętało swą walkę. Nowy czas w tej rozpadlinie stawał się kojącym wybawieniem. Za nim było całe ćwierć życia w tłumie, gęstym jak drzewa w lesie, jak natłok szpil słońca w południową pogodę turkusa. Zorganizował swój nowy dom, gdzieś daleko od ludzi, na jałowym od myślenia grzbiecie cenniejszym niż dobrodziejstwo samej istoty życia.

Wokoło ludzie..., a on rozkoszował się byciem samemu w cierpko-słodkiej polewie swojej wolności. Wolność była zagadką i odpowiedzią na zagadkę, która nie oczekiwała zadania jej samej, a już tym bardziej nie szukała na siebie samą żadnej odpowiedzi. Spełniała się sama dla siebie i sama dla człowieka, w rozkwitającym prezencie gwiazdkowym, w waniliowym kremie tortu urodzinowego, w czułościach każdej nocy oddanej mu przez kogoś, kto mógł być treścią życia. Wolność dopominała się o swoją tożsamość i nacierała wichrem kąśliwych ponagleń w jego półgłuche uszy.

Zdania, które chciał poświęcić wolności druzgotały same siebie, jakby definicja tejże najdroższej, dokonywała przepisowemu rozstrzelaniu słów określających ją. Nie była ani wielka, ani ulotna, ani trudna...była po prostu jak ta dolina, w którą zapadało się bez tchu, jak to kamieniste wybrzeże trwożnych ryb, glonów wysmażonych w zielonych trawach rozkojarzonych pół-nocy i pół-dni. Czuł się jak intruz w świecie wolnych wyobrażeń, a jego dłoń kierowała się w łagodne zasklepienie syropu wód.

Pierwszy dzień bycia w dolinie człowiek rozpoczął od rozpieszczania tych duchów, które miały dzielić z nim sen od zaraz. Ponętnie wystawiał, nie wystygłe od pieszczot dłonie innego nieba na czułość tego nowego miejsca. Na nic nie czekał. Słowa, kiedyś zachłyśnięte fragmentarycznym biegiem, teraz powoli dobiegały do miejsca prawdziwego przeznaczenia.

Dolina była domem, domem byli wszyscy ci, którzy mieszkali w niej i nie potrzebowali żadnego głębokiego przekonania i uzasadnienia swojego bycia w tym miejscu. Składały się na mieszkańców zaczajone pod każdym kamieniem zjadliwe jaszczury, ludzie zaglądający pod te kamienie i miliony małych oczu mrugających w ciemne noce przez ani ludzi, ani jaszczury. Dolina usiana była dziwną towarzyską kawalkadą stworzeń, które bogowie wymyślili w jakimś nieokreślonym czasie, zapewne podczas swawolnej uczty...

... Podczas uczty, by pokazać swoje sztuki, sprawności i nauki zaczerpnięte z dalekich krajów elita stworzyła te życia, które schroniły się w dolinie. Były po porostu niebanalne wszystkie te stwory, które ów świat elit później wygnał, w akcie skruchy pijackich, rozbitych na strzępy, mózgów. Pozostawali elitą...Świat żyjątek roztargnął się na przestrzeni nieinterwencji. W czarnym borze, tuż pod doliną rozprutą gromem burzy tysiąclecia, przy rozlewiskach zielonych łąk i tuż przy szpiczastych trawach rozciągnięci byli sponurzeli od łez wielcy wygnańcy, którzy nie gasili nadziei o wspaniałym pochodzeniu swoich dusz i ciał. Nikt tam do nikogo nie należał. Powoli, stopniowo miało się samo okazywać, jak bardzo prócz zwierząt i powietrza byli zasklepieni w sobie, i ludzie, i zwierzęta, i bogowie.

Wszyscy w nieuchwytnej bliskości, potężnej, spajająca jak wspólnie przeżyte nieszczęście. Każdy człowiek inny, każdy stwór odmienny, każda gwiazda wiecznie sama, każde żyjątko pytające, dlaczego deszcz zawsze pada zawsze na nie..? Wszyscy byli przecież, ostatecznie mieszanką bogów, ludzi i zwierząt i należeli do świata-nigdy. Palił się w nich ogień, mocarny ogromny, a w tym ogniu był człowiek, rozpięty na trzy szczepy zaadoptowanych i uzbrojonych pytań. Pożywieniem była niecierpliwość, która wpychała w noc mieszkańców spokojnej podobno okolicy. Dolina jaśniała, gdy oni szli w tej nocy złotej po następne pytania. Potem ukoronowani dylematami wracali z pogodą nowych możliwości.

Tajemnicze pragnienia człowiecze jawiły się w nieskończonej czułości ciepłego miąższu drugiej postaci. Druga postać stawała się dylematem ciemno jasnej nocy, gwiaździstych pół ranków, skrywanych subtelnie oczu, dreszczy nieprzytomnych, liter składanych w zawiłe muszle zwyrodniałych i niecnych podróżników.

Budowały się krainy dalekie rozciągłe jak otchłanie mgieł w nieznanych lodowcach bujnych wrzosowisk. Człowiek był teraz dodatkiem do obcości bohatera jednego w pełni przeżytego dnia. A w jednej w pełni przeżytej nocy mógł się słaniać się w ciepłej mgle, świeżo odkrytego płaskowyżu tych jedynych ramion świata, które mogły objąć tylko tej jedynej nocy. Dłonie wznosiły wówczas oddech tych białych od gwiazd oczu i zapadały się bezpowrotną wędrówką w ciało, na którym rosa nocy budowała rozciągłe jeziora kryształowych pragnień. Noce zaprzęgały dłonie w czułych podróżników, odkrywających nieznacznym rytmem rzeźbione ramiona.

W trzech szczepach odnajdywał się butny smutek, szeleszczącą radość i pragnienie wiecznego posiadania marzenia. Żaden świat nie mógł być bliższy.

Smutek był czułością, drobną nostalgią nad przemijaniem, zmartwieniem nad kruchością przedmiotów, które nas otaczały. Mieszkał obok nas, był śmiercią brata w ciemnych wodach, z których potem dźwigaliśmy ławice pełne ryb. Mieścił się w kroplach, w których chrzciliśmy podarowane nam przez niebo dzieci. W smutku wznosili bramy obronne doliny, szczególnie, gdy coś zwiastowało agresję - obcy grot strzały zatapiany w naszej krwi. Nie mogli inaczej tego obmyślać bogowie krwiopijcy, którzy chcieli życie splugawić aktem samego tylko powołania. Z radością odkrywało się te krnąbrne epoki, te tajemne raje wiarygodne tylko dla nas, nigdy dla nich. Radość perliła się rosą w ustach witanej z rana dłoni współbiesiadnika słonecznych chwil rozwiązłych nocy.

Marzenia, kraina wieczności ostatniego szczepu udzielała nam systematycznego namaszczenia, byliśmy zabalsamowani, nie było mowy o zjednaniu, z choć jedną cząstką znienawidzonego realizmu.

Człowiek właśnie tam szukał pomocy dla zbłąkanej w zaroślach trudów życia, duszy. Jego przyjście miało dla mieszkańców posmak skandalu, tajemnicy i wyzwania. Trzymał się zawsze prosto. Jasne, głębokie spojrzenie, wzrok pełen promieni i pełen błyskawic. Zielono-niebieska mgławica radości i skupienia. Obdarowany raz tym uśmiechem, przygodny rozmówca odczuwał cierpienie powodowane obawą, że rozmowa, spotkanie będzie trwało zbyt krótko. Siła spojrzenia i ramiona pełne pasji, spokój. W jego czynach nie było żadnego zarozumialstwa, czas tych koszmarnych dni pełnych zamachów na własne życie, minął.

 

Ola Morawska 2001

 

           Kontakt do Oli: ola@kamilamorawska.pl

 



Temat:
Treść:
Podpis:
Przepisz kod z obrazka:




 

 

Projekt MaWi 2009